Smaller Default Larger

Szymek i dziwadła

Szymek mieszka w kamienicy tuż przy pięknym parku i ma bardzo duży pokój, co ma swoje zalety. Można jeździć rowerkiem w sobotę o szóstej rano, co bardzo podoba się sąsiadowi z dołu, można puszczać samoloty z papieru, które nie rozbijają się o ściany, tylko lądują na dywanie, można też zbudować z tatą najdłuższą kolejkę linową na świecie. Od szafki przy jednej ścianie, do łóżka przy drugiej. Duży pokój ma też jednak dużą wadę - bardzo długo się go sprząta. Mama Szymka nieraz dziwiła się ile zabawek może zmieścić się na jednej podłodze w jednym dziecięcym pokoju. Szymek się temu nie dziwił. On je rozrzucał i nie sprzątał, co bardzo denerwowało mamę. Tatę trochę mniej, bo prawdę powiedziawszy on też trochę rozrzucał swoje zabawki, jakieś gazety, skarpety albo inne gadżety.

 

W sobotę mama przeżyła szok. Szymek postanowił posprzątać pod łóżkiem. Nie do wiary. Kręcąc głową mama zaopatrzyła syna w zmiatek, szufelkę i wilgotną szmatkę i zaoferowała daleko idącą pomoc, którą Szymek grzecznie, ale stanowczo odrzucił. - Skoro potrafię sprzątać zabawki, to potrafię sprzątać pod łóżkiem - powiedział i dumnie pomaszerował do pokoju, zamykając za sobą drzwi. Plan miał następujący:

a/ wysuwa pudło z pluszakami (widział, jak robi to mama, łatwizna)

b/zamiata pod łóżkiem (widział, jak robi to mama, bułka z masłem)

c/wyciera podłogę (widział, jak robi to mama, pesteczka)

d/wsuwa pudło z pluszakami (widział, jak robi to mama, spoko i luz)

e/idzie do kuchni na zasłużone lody (przerobione w praktyce wielokrotnie, damy radę).

Pudło okazało się cięższe niż myślał, ale dało się wyciągnąć na środek pokoju. Szymek tak naprawdę nigdy nie oglądał podłóżka z bliska, dlatego zaciekawiony położył się na brzuchu i wsunął do połowy.

 - Hmm, to coś latającego koło mojego nosa, to pewnie kurz - szepnął do siebie i sięgnął po zmiatek, by wykonać kolejny punkt swojego planu.

 - Tylko uważaj na mnie, tu przy nodze lepiej nie zamiataj - krzyknęło coś cieniutkim głosikiem. Szymek spojrzał w kierunku głosu i zobaczył… pająka.

- Ojej, jakiś ty… - chłopiec chciał powiedzieć wstrętny, bo przecież wszyscy brzydzą się pająków, ale w ostatniej chwili się powstrzymał - Jakiś ty zakurzony.

- Wiem, co chciałeś powiedzieć, że jestem wstrętny, albo paskudny, albo obrzydliwy, albo ohydny i przerażający.

 - Trochę chciałem- zmieszał się Szymek. - A ja jestem pająkiem i wyglądam jak miliony innych pająków. Na imię mam Zygfryd.

- Bardzo miło, jestem Szymon, czyli Szymek - Szymek wyciągnął rękę w geście powitania. Zygfryd przerażony skulił się w swojej pajęczynie, ale po chwili przypomniał sobie, że w szkole uczył się przecież o dziwnych obyczajach ludzi na powitanie.

- Przyznasz jednak Zygfrydzie, że wy pająki nie wyglądacie zbyt apetycznie- stwierdził Szymek, patrząc na chude nóżki i cieniutkie włoski na odwłoku Zygfryda.

- Apetycznie wyglądają muchy i komary, szczególnie w pajęczynie. Ty zresztą też byś się ładnie prezentował owinięty w pajęczynkę - Zygfryd spojrzał uważnie na Szymka i zrobił dwa kroczki.

- No, no - Szymek przez chwilę poczuł się nieswojo, ale widząc, że Zygfryd z trudem powstrzymuje śmiech, zrozumiał, że to tylko żarty.

- Prawdę powiedziawszy to trochę dziwne, że wy ludzie reagujecie wstrętem na wyglądających inaczej. Tak jakby wygląd od razu mówił, że ktoś jest dobry, a ktoś zły- Zygfryd podrapał się drugą prawą nogą w lewą żuwaczkę, co wyglądało dość komicznie.

- Jak coś jest brzydkie, to może być bardzo niebezpieczne - poważnie odpowiedział Szymek.

- Bardzo ciekawa teoria, szkoda tylko, że nieprawdziwa. Jak chcesz, to szybko ci udowodnię, że nie masz racji.

- Jak mi udowodnisz, to zostawię twój kurz pod łóżkiem - zaciekawił się Szymek.

- To idziemy na podwórko- Zygfryd błyskawicznie usadowił się na ramieniu Szymka.

- Lepiej schowaj się do kieszeni - powiedział Szymek zamykając drzwi pokoju - Moja mama nie zna się na pająkach.

- I co, udało się posprzątać pod łóżkiem?- mama wyjrzała z kuchni.

- Właściwie, prawie, tylko nie do końca, po ciężkiej pracy zasłużyłem na urlop, mogę iść do taty na podwórko, może potrzebuje pomocy przy sprzątaniu samochodu ?

 - Tylko zaraz wracaj właściwie, prawie, nie do końca - roześmiała się mama, kręcąc głową z podziwu nad nagłym napadem pracowitości Szymka.

Garaż, gdzie tato Szymka walczył z samochodowym brudem był na drugim końcu całkiem sporego podwórka.

- Ciekawe jakich to groźnie wyglądających nowych znajomych pokażesz mi na moim podwórku. Znam tu każdy kamień - powiedział Szymek z lekkim powątpiewaniem w głosie.

- A to znasz? - Zygfryd zgrabnie zeskoczył na liść pokrzywy.

- Uważaj, poparzysz się, to pokrzywa, fuj! - krzyknął Szymek.

- No właśnie, od razu fuj. Nie możesz się powstrzymać - Zygfryd rozhuśtał łodygę pokrzywy - Nikt ci nie każe od razu skakać w kąpielówkach w pokrzywowe zarośla. A czy wiesz Panie Fuj, że pokrzywa ma bardzo dużo witamin i świetnie działa na włosy, a sałatka z młodej pokrzywy jest rewelacyjna? To znaczy dla was, bo ja, to jednak tłustą muchę…

- Ale parzy - mruknął Szymek, bo rzeczywiście o pokrzywie nie wiedział nic.

- Każdy ma jakiś pomysł na obronę. Pies gryzie, koń kopie, pokrzywa parzy.  No dobra, idziemy dalej. Powinna gdzieś tutaj być - Zygfryd rozglądał się uważnie- Poznam cię z moją uroczą znajomą Margaritą. Oooo, tu się schowała! Witaj Margarito.

- Ojej - wyszeptał Szymek zdziwiony.

- Poznaj dżdżownicę Margaritę. Margarito, to jest Szymek. Wygląda dziwnie, ale może coś z niego wyrośnie. Nie gap się tak, powiedz coś - to już było do Szymka.

- Aaaaa, gdzie pani ma głowę? - zapytał Szymek.

- Jak to gdzie? Z przodu - odpowiedziała Margarita.

- A co pani jada na śniadanie? - kontynuował Szymek sam zdziwiony swoimi pytaniami.

- Ziemię. Na obiad zresztą też. Macie tutaj całkiem niezłe jedzonko - powiedziała Margarita i wyprostowała swoje długie, pierścieniowate, czerwone ciało.

- Margarita przeciska się pod ziemią i drąży długaśne korytarzyki, dzięki czemu korzenie roślin mają więcej powietrza i lepiej rosną- wyjaśnił Zygfryd.

- I przy okazji użyźniam. Zresztą nie tylko ja. Jest tu pewnie z kilka tysięcy moich kuzynek - powiedziała Margarita i błyskawicznie zniknęła pod ziemią. To znaczy w standardach dżdżownicowych było to „błyskawicznie”. W rzeczywistości, kiedy odchodzili, Szymek miał wrażenie, że dżdżownica prawie się nie poruszyła.

- Hm, dziwne zwierzątko, ale chyba faktycznie niegroźne - stwierdził Szymek.

- Niegroźne? Mówisz niegroźne? Pożyteczne! - Zygfryd podskoczył ze zdenerwowania - Dżdżownice są super pożyteczne.

- No, dobra. Znam już pożyteczną pokrzywę, która parzy i pożyteczną dżdżownicę, która wcina ziemię jak ja jajecznicę ze szczypiorkiem na śniadanie. Co mi jeszcze pokażesz?

- Spójrz pod nogi.

- Znowu jakieś zielsko - wzruszył ramionami Szymek - Wygląda jak zwykłe zielsko.

- Oczywiście cały czas oczekujesz, żeby świat był tak piękny i rozgarnięty jak ty - Zygfryd potrafił być złośliwy - To jest babka lancetowata. Bardzo bliska kuzynka babki zwyczajnej.

- Śmiesznie się nazywa - zachichotał Szymek.

- Kiedy się skaleczysz w palec albo w kolano, jak przyłożysz liść babki do ranki, to krew przestanie lecieć. A jak będziesz przeziębiony, to syrop z babki pomoże ci na kaszel.

- Takie zielone coś wyleczy mój kaszel i mi pomoże? - Szymek uważniej spojrzał na niedużą roślinkę.

- Takie zielone coś. Rośliny, które potrafią leczyć nazywacie ziołami. Jest ich w okolicy całkiem sporo. Kiedyś ci pokażę.

- To ja cię babko lanckowata bardzo przepraszam. Nie wiedziałem, że jesteś taka pożyteczna.

- Uff, słyszę, że coś ci się w tej twojej ludzkiej główce układa - Zygfryd ponownie usadowił się na ramieniu Szymka i krzyknął - Panie i panowie a teraz gwóźdź programu!

- Chyba nie chcesz mi pokazać gwoździa? - zdziwił się Szymek

- Tak się mówi, kiedy nadchodzi najważniejsza część rozrywkowego przedstawienia - wytłumaczył Zygfryd. Widziałem w waszej telewizji. Pokażę ci prawdziwego potwora. Ma ogromne zębiska, wielkie uszy, błoniaste łapska z ostrymi pazurami i śpi do góry nogami. Według ciebie jedno, wielkie, wstrętne fuj.

- Ojej, może jednak wystarczy? - Szymek gwałtownie się zatrzymał przerażony perspektywą spotkania potwora.

 - Czasem się zatrzymuje na tej gałęzi - Zygfryd udawał, że nie słyszy - Na imię ma Cezary. Jak się grzecznie przywitasz może nie wkręci ci się we włosy - zniżył głos Zygfryd, ale widząc przerażone oczy Szymka nie wytrzymał i głośno się zaśmiał. Daj spokój bohaterze, to tylko nietoperz. A właściwie aż nietoperz. Niezwykłe zwierzątko. O, tu sobie smacznie śpi - wskazał na trzeci od dołu konar dębu.

- Dzień dobry panie Cezary - szurnął nogą Szymek zadzierając głowę do góry.

- Dla kogo dobry, dla tego koc, dla mnie najlepsza jest noc - mruknął Cezary ziewając tak szeroko, że Szymek zobaczył wszystkie ostre jak szpileczki zęby nietoperza.

- Pierwszy raz spotykam nietoperza, który rymuje - uśmiechnął się trochę jeszcze wystraszony Szymek - Właściwie to w ogóle pierwszy raz widzę nietoperza.

- Bo jak ty śpisz mój mały, to ja się budzę i zjadam komary, by cię nie gryzły, gdy jest ta chwila, kiedy twój tato rozpala grilla - Cezary rozprostował swoje błoniaste skrzydła.

- A wkręca się pan we włosy?

- Myślisz, że mało mam w nocy roboty, by wkręcać się w ludzkie peruki huncwoty?

- A jest pan pożyteczny?

- Jestem miły i przystojny i  taki mam dar, że rozsiewam wokół czar, a jak będziesz bardzo grzeczny, mogę też być pożyteczny - odparł Cezary, ziewnął, podrapał się po pyszczku, zawinął w skrzydła i natychmiast zasnął.

- I co? Można wyglądać dziwnie albo nie rzucać się w oczy i być w porządku? - zapytał Zygfryd.

- Wiesz, muszę to sobie przemyśleć, ale chyba coś w tym jest. A teraz chodź, pomożemy tacie w sprzątaniu samochodu. Poza tym muszę go przekonać, by nie słuchał mamy i zostawił tę piękną pajęczynę przy drzwiach garażu. Przecież pająki też są pożyteczne, nie? I wcale nie są wstrętne.

 

Piotr Gabrysz

 

Nasi Partnerzy