Smaller Default Larger

Co mieszka w lodówce?

 

 Poznajcie lodówczaki parzyste. Zgadnijcie gdzie mieszkają? Oczywiście, że w lodówce. A dlaczego parzyste? Bo w każdej lodowce jest ich zawsze parzysta liczba. Cztery, osiem, czasem nawet szesnaście. W wielkich restauracyjnych lodówkach może mieszkać nawet trzysta osiemdziesiąt lodówczaków! A w szkolnych  jest ich zawsze siedemdziesiąt osiem i naprawdę nie mam pojęcia dlaczego akurat tyle.

 

 Z tymi bardzo pożytecznymi i sympatycznymi stworkami jest ogromny problem. Wiemy, że są a nikt ich nie widział. Lodówczaki bowiem znikają przy otwarciu drzwi lodówki. Czasem, szczególnie w nocy, otwierając lodówkę można odnieść wrażenie, że oprócz twarogu, kiełbasy i dżemu coś tam siedzi. Ale to tylko wrażenie.

Dawno, dawno temu, kiedy wynaleziono pierwszą lodówkę pra, pra lodówczak, wtedy jeszcze pojedynczy postanowił w niej zamieszkać i pilnować właściwej temperatury przechowywania jedzenia. I tak już zostało. Kiedy rodzice kupują nową lodówkę, rodzinka lodówczaków, najczęściej czteroosobowa, tylko czeka w kuchni na pierwsze otwarcie drzwiczek. Hop, siup i już siedzą a to na półeczce na jajka, a to w szufladzie na warzywa i do roboty. A pracy w takiej lodówce jest sporo. Oprócz pilnowania temperatury, czym zajmuje się najczęściej najstarszy lodówczak, trzeba jeszcze pilnować, żeby na półkach stały tylko świeże produkty. Biegają więc lodówczaki tam i z powrotem i sprawdzają terminy przydatności do spożycia serka, jogurtu, pasztetu, dżemu, powideł. Kłopot w tym, że lodówczaki, chociaż bardzo pracowite, mają kiepską pamięć. Jak zapamiętają,  że za dwa dni kończy się ważność soku pomarańczowego, to zapominają co się kończy i kiedy. Przerażone, że przez ich gapiostwo możecie wypić nieświeży sok, zaczynają biegać coraz szybciej, sprawdzając kolejny raz, to co przed chwilą sprawdziły i natychmiast zapomniały. Do tego wszystkiego co produkt, to data ważności wydrukowana gdzie indziej. Na wieczku, z boku, z dołu, zwariować po prostu można. Prawdę powiedziawszy niektóre lodówczaki to właśnie robią, czyli wariują i zamiast pilnować świeżości jedzenia w lodówce potrafią tak zgubić słoik dżemu truskawkowego, że natkniecie się na niego dopiero po trzech miesiącach, kiedy akurat macie ochotę na pajdę chleba z dżemem. Otwieracie lodówkę, a tam dawno nie widziany słoik.  O jej, co się wtedy dzieje w rodzinie lodówczaków! Od razu dociera do nich, że ten dżem jest już dawno zepsuty i nie można go absolutnie jeść. Próbują go przed wami ukryć, ale to się nigdy nie udaje, bo przecież przy otwarciu drzwi lodówki lodówczaki znikają. Jak tylko pojawiają się ponownie, zaczynają płakać ze złości, że przez jakiegoś lodówczakowego gamonia mogliście zjeść coś zepsutego.  

Wiecie co jest u nich najgorsze? Udają twardzieli. Gdybyście mieli okazję je zapytać, czy nie potrzebują pomocy, chóralnie zaprzeczą. Na dowód swojej skuteczności i profesjonalizmu rzucają się do poprawiania liści sałaty, wyrównują marchewkę, potrząsają groszkiem w puszce, polerują skorupkę jajek,  albo starają się dokleić etykietę na słoiku z papryką. Dlatego pamiętajcie – nie ma się co pytać lodówczaków o cokolwiek, tylko im pomagać. Jak? Spytajcie mamy, co zrobić, żeby lodówczaki nie musiały się zamartwiać, że zjecie przez pomyłkę zepsuty serek albo nieświeżą kiełbaskę. Na pewno wie, nawet jak nie miała wcześniej pojęcia o istnieniu lodówczaków parzystych.

Piotr Gabrysz

Nasi Partnerzy